Roti Pisang na Pinangu

Mijają kolejne dni naszego azjatyckiego wyjazdu. Z Borneo los na powrót rzuca nas do Kuala Lumpur w ramiona Saszy a stamtąd tanimi autobusami wracamy do Ipoh. Chwila relaksu, nauki pływania na Stand up paddle (nazwa polska jest mi nieznana) oraz niczym niezmąconej ciszy w basenie resortu szybko dobiega końca. Ogromne plecaki znów ciążą na plecach i są jedynym źródłem cienia na bramkach autostradowych w kierunku osłowionej, malezyjskiej wyspy Pinang.

Pinang zupełnie rozbił moje wyobrażenie o Malezji. Kompletnie nie przystaje do obrazu „nieodkrytego” przez europejczyków lądu. To żywy organizm, dynamicznie rozwijający się kurort tej części Azji. Mając doskonałą infrastrukturę, ośmiokilometrowe mostowe połączenie ze stałym lądem (drugie w budowie), lotnisko i port pretenduje do miana kosmopolitycznego miasta. Przez ulice przepływają rzesze backpakerowców, poszukiwaczy przygód, rodziny bogatych właścicieli jachtów, azjatyckich handlowców i zwykłych turystów. Niskopodłogowe, klimatyzowane autobusy i taksówki rozwożą te nieprzebrane tłumy po zakątkach wyspy. Farma motyli, świątynie, pływający meczet, wzgórze z widokiem na wyspę, plaże do wzięcia na sportowo i na lenia – wszystko w zasięgu ręki, w jednym miejscu. Wszystko instant.

Mnie najbardziej przypada do gustu samo centrum Georgetown obfitujące w jedno oraz dwupoziomowe kamienice połączone w niekończący się ciąg handlowy. W tło pastelowych kolorów elewacji wtapiają się iskry, spawanych, metalowych rękodzieł oraz ognie palników podgrzewających roti pisang. Ta egzotyczna zupa dźwięków i zapachów byłaby mdłą potrawą gdyby nie dźwięk klaksonów a nade wszystko ryk silników wszechobecnych skuterów. Powyżej zgiełku przymknięte drewniane okiennice, pokryte po raz setny odchodzącą farbą, strzegą cienia w niedostępnych pomieszczeniach. Tuż pod dachami cyfry przypominające o czwartym wymiarze naszego świata, znaczą punkty historii w których dom został powołany do życia. W większości są to trzydzieste, czterdzieste i pięćdziesiąte lata ubiegłego stulecia.

Na Pinangu spędzamy trzy dni. Zaprowadzeni przez Anga na spotkanie jedenastu chińskich szkół obserwujemy, a nade wszystko smakujemy chińskich kolorowych „kulek” o konsystencji ciasta, zup i makaronu. Tym razem bowiem kultura ma aspekt kulinarny. Klasyczne smaki przyciągają do w wielkiej sali pokaźny tłum. Dzieci i młodzieży jest niewiele, zapewne spędzają czas przy ulubionych grach komputerowych. Gdy wchodzimy na salę na podeście wygłaszane są odczyty i podziękowania dla sponsorów. Nie wiem dlaczego atmosfera przypomina mi zebrania komunistyczne, mimo że uśmiechy zebranych ludzi wydają się autentycznie szczere. Po odczytach przychodzi czas na tańce. Europejskiego indywidualizmu w tej formie ekspresji nie widać. Prezentowany układ synchroniczny, choć już nie perfekcyjny jak na kadrach z lat siedemdziesiątych, jest dopracowany, ruchy płynne, nieprzypadkowe i przede wszystkim starannie przemyślane.

Ponieważ wraz z zaproszoną parą Argentyńczyków jesteśmy jedynymi obco wyglądającymi osobami zwracamy na siebie uwagę mediów. Kilka pytań po angielsku pozwala na zaistnienie w chińskiej gazecie. Takie pamiątki z podróży cenię najbardziej.

Naszym opiekunem podczas pobytu w Pinangu jest głównie Ang. To barwna postać. Należy do ambasadorów CauchSurfingu i gościł już dziesiątki podróżników. Jego ekstrawertyczne podejście łatwo tłumaczyć pracą z upośledzonymi dziećmi. Każda wypowiedź jest szeroko udokumentowana gestami i przykładami, niemalże każda bywa powtórzona. Obrazy rysowane ciałem przychodzą mu łatwo jako instruktorowi Tai chi. Na pewno sprawdzają się też w prowadzeniu centrum kultury chińskiej. Przemieszczając się na swoim motorze w krętych uliczkach Georgetown Ang stara się pogodzić to wszystko z przyjmowaniem kolejnych podróżnych. Dwustronna relacja, daje profity obu stronom. Ang zbiera materiały do swojej książki o przyjezdnych, oni mają opiekę na wyspie.

Czwartego dnia nasz czas pobytu na Pinangu dobiega końca. W południe przekraczamy bezpłatną w tym kierunku, przeprawę promową i wyciągamy kciuki w poszukiwaniu dobrego ducha, który zabierze nas w kierunku Tajlandii. Za pasem Święta Bożego Narodzenia.

Narodnaja w Poznaj Świat

Konkursowy artykuł Łukasza Czabanowskiego „Ural ponad wszystko” ukazał się w miesięczniku Poznaj Świat nr 1/2012. Zapraszamy do lektury i do głosowania na artykuł w marcu. Szczegóły dotyczące głosowania przekażemy w późniejszym terminie.

Nowa funkcjonalność strony: dodawanie komentarzy do artykułów

Informujemy, że od dzisiejszego dnia istnieje możliwość dodawania komentarzy do niektórych artykułów zamieszczonych na stronie. Mamy nadzieję, że nowa funkcjonalność pozwoli na wymianę opinii i doświadczeń podróżniczych. Dodatkowo informujemy, że pierwszy komentarz wystawiony przez nowego gościa portalu musi zostać zatwierdzony przez administratora systemu, prosimy więc o cierpliwość.

W parkach narodowych Borneo

Droga do Miri stanowi solidne wyzwanie. Szesnastogodzinna trasa obfituje w dziury będące starszymi kuzynami polskich dziureczek. Co jakiś czas autobus podskakuje na wysokość pozwalającą doświadczyć stanu nieważkości. Zmęczeni drogą docieramy późnym popołudniem do miasta wyrosłego na złożach ropy. Niespotykana gościna Malezyjczyków pozwala Zuzie znaleźć nam lokum u Paula po opuszczeniu Kutchingu. Paul ma korzenie chińskie jak duża część mieszkańców Borneo. Warunki mamy świetne, nowoczesny dom, udekorowany świątecznie napisami Merry Christmas i imitującym choinkę plastikowym iglakiem. Taka namiastka polskiej zimy dobrze wpływa na nasze samopoczucie. Paul przedstawia nas swojemu współlokatorowi i znajomym zabierając nas na wieczorną kolację do chińskiej restauracji. Nazwy podawanych potraw są możliwe do wymówienia tylko przez autochtonów, dla nas pozostaje nauka jedzenia przy pomocy pałeczek. Smak serwowanych potraw jest bardzo specyficzny.

Pochłonięte kalorie spalamy na całodniowej wycieczce do Niah Taman Nagara (parku narodowego Niah). Początkowe sto kilometrów pokonujemy autobusem, a kolejne piętnaście autostopem, który działa tutaj znakomicie. Płacimy za wstęp do parku i symbolicznego ringita za przewiezienie przez rzekę o kolorze herbaty Teh Tarik. Krokodyli o których głoszą tablice nie spostrzegamy.

Do głównej atrakcji parku, prowadzi odpowiednio przygotowany drewniany pomost, ciągnący się nad bagnami tej części dżungli przez trzy kilometry. Dzięki tej konstrukcji unikamy pokąsania przez pijawki i w miarę szybko docieramy do olbrzymiej groty wypełnionej stalaktytami i stalagmitami. Robiąc tu zdjęcia nie zdajemy sobie sprawy, że nie jest to jeszcze wnętrze głównej jaskini. Ta w której przebywamy stanowiła w przeszłości miejsce noclegowe dla dawnych zbieraczy ptasich gniazd. Świadczą o tym pozostałości drewnianych konstrukcji pozornie sprawiające wrażenie niepotrzebnej dekoracji.

Wkraczając do głównej jaskini zmysł przestrzeni zaczyna zawodzić, nie potrafiąc opisać skali obserwowanego zjawiska. Jaskinia Niah jest literalnie przeogromna. W każdym kierunku dystanse mierzy się w setkach metrów a oko aparatu fotograficznego z trudem odnajduje szczegóły kontrasty pomiędzy stosunkowo jasną przestrzenią dżungli a mrokiem wnętrza skał. Poczucie równowagi w odczuwaniu niecodziennego świata przywraca dopiero budynek znajdujący się u wrót ciemności. Wówczas dopiero w całej krasie widać skalę i potęgę tego tworu natury.

Jaskinie Niah obdarzają też przyjemnością inne zmysły. Do uszu dociera melodia dwustu tysięcy ptaków o angielskiej nazwie Swift (łaciński odpowiednik to Aerodromus). Szybujące po suficie czarne cienie tworzą jedyny i niepowtarzalny muzyczny spektakl, dającą poczucie bycia w miejscu tętniącym życiem. Odradzająca się populacja jerzyków nie została jednak przetrzebiona w ostatnich dziesięcioleciach ze względu na melodyjność głosu, lecz ze względu na specyficzny sposób sklejania gniazd przy użyciu śliny. Nie mam pojęcia kto pierwszy wpadł na pomysł ugotowania zupy z tego specyfiku, ale był to początek uszczuplania populacji, która w 1935 roku liczyła niemalże milion siedemset tysięcy osobników. Traktowane jako rarytas gniazda jerzyka zagościły na stołach bogatych Azjatów pozbawiając budujące je ptaki możliwości naturalnej reprodukcji. Zaznaczyć trzeba, iż podjęty w ostatnich latach rządowy plan przywrócenia równowagi sprawdza się, a czteromiesięczny okres ochronny wystarczająco zabezpiecza interesy ptaków by okres „żniw” nie zagroził gatunkowi. Po dawnych czasach pozostały w jaskini długie, drewniane, kilkudziesięciometrowe tyczki zwisające ze sklepienia, ułatwiające zapewne pozyskiwanie gniazd w dawnych latach.

Jaskinie Niah zamieszkiwane są także przez nietoperze. Obklejone bestiami sufity ogromnych podziemnych katedr pozwalają poczuć się jak w trakcie osławionej podróży do wnętrza ziemi. Smaczki w postaci snopów światła przebijających sklepienie jaskini urozmaicają podążanie w kierunku Painted Cave długimi, krętymi korytarzami w których absolutna ciemność pozwala zapomnieć o zamknięciu powiek przy próbie snu.

Otwarta dżungla stanowi ostatni odcinek drogi prowadzący do jaskini z prehistorycznymi rysunkami. I zapewne nie wspomniałbym o nim, gdyby nie postać dzikiego kota, która przemknęła mi na porośniętej roślinnością ścianie skalnej. Zwid? Ułuda? A może to była małpa w pozie przypominającej czteronogiego drapieżnika? Tego już się nie dowiem, natomiast faktem jest, że powstała w wyniku zdarzenia adrenalina skutecznie zagłuszyła zmysł odbioru wyblakłych, ledwo dostrzegalnych malowideł.

Parki narodowe (Taman Negara) są z reguły są dobrze przygotowane do przyjmowania turystów. Oznaczone kolorami trasy z ułatwieniami w postaci drewnianych schodów na zbyt stromych zboczach czy też kładki przez bagniste tereny podnoszą komfort poruszania się po dżungli. Zabezpieczenie w postaci księgi wejść – wyjść nie pozwoli nikomu niezauważenie zaginąć w tym nieprzyjaznym środowisku. Oczywiście jak zawsze można próbować niepostrzeżenie wejść na teren parku, choć przeważnie wiąże się to z przekroczeniem rzeki. Gra nie wydaje się więc warta przysłowiowej świeczki, szczególnie że w niektórych zbiornikach wodnych można spotkać krokodyle, jakby nie było nie wyznające zasad wegetarianizmu. Opinii czytelnika pozostawiam cenę wejścia na Mt. Kinabalu, najwyższą górę Malezji, wynoszącą 600RM (ok. 600zł), gdzie większą cześć kosztów stanowi przymusowy nocleg w „hotelu”. Nie jest też tanie dotarcie samolotem do parku Mulu Taman Negara, z jego prawdopodobnie największą jaskinią na świecie i niesamowitą, codzienną migracją nietoperzy w poszukiwaniu jedzenia. Dla nas przeżycia wyniesione z tych miejsc zapełnią przyszłe, nieodkryte jeszcze karty podróżniczego notesu.

Na szczęście głód zielonej przestrzeni mogliśmy w kolejnych dniach zaspokoić w parkach Lambir Taman Negara oraz Bako Taman Negara. Urzekający widok na morze zieleni ze wzgórza Bukit Pantu w tym pierwszym oraz kompensujące wysiłek kąpiele w otulonych lianami wodospadach Pantu i Latak były dla nas główną atrakcją kolejnych dni. Po powrocie do Kutchingu obserwowaliśmy rozbijające się o klify fale morskie przeplatane szerokimi piaszczystymi plażami Bako. Sama siedziba główna tego parku oddalona jest o 15 minut drogi łódką od najbliższej wsi i o ile pierwsze dziesięć prowadzi przez spokojne wody rzeki, o tyle ostatni odcinek należy do łamiących się w przybrzeżnej strefie fal oceanu. Przy złej pogodzie ostatnie „promy” odchodzą o godzinie 13. Wcześniejszy, zwyczajowo wymuszony powrót, jest szansą do zaobserwowania na brzegach, brodzących po kolana w mule, zbieraczy bamboo shells. Cena tego specyficznego złota wynosi nawet 25RM (25 złotych) za kilogram, stanowi więc alternatywę dla popularnego w tym rejonie wędkarstwa. Kolorowe łodzie zacumowane przy nabrzeżach cieszą wzrok mozaiką barw i przywodzą na myśl katalogi turystyczne. Dużo bardziej wydajne są jednak żerdzie ustawione przy ujściu rzeki, na których rozstawiane są rybackie sieci. Krokodyle w tych rejonach atakują ludzi kilka razy w roku.

Niewątpliwą atrakcją Bako, oprócz wyjątkowego położenia, są rozbrykane małpy nosacze. Co ciekawe najłatwiej je znaleźć blisko siedziby parku, gdzie nieuważni turyści zostawiają smakowite resztki jedzenia. Namierzenie stada nie stanowi problemu nawet dla turysty mniej wprawionego w wypatrywaniu zwierzyny. Chwiejące się drzewa i łamiące się gałęzie momentalnie zwracają uwagę poszukiwacza przygód. Czasem można je wypatrzeć na plaży jak wygrzebują z piasku niewielkie kraby. Skorupiaki te, w ogromnej ilości wyrzucane na brzeg, tworzą kolonie czarnych, poruszających się punktów, znaczących swoją historię pozornie chaotyczną pajęczyną pozostawionych śladów. Przypuszczam, że dzikie świnie, przychodzą tu w podobnym celu co nosacze, orząc ziemię swoimi szerokimi ryjami. Bliskie spotkanie z tym stworem przeżyła Zuza, która mimo kształtu zupełnie niepodobnego do kraba musiała odpędzić się od podgryzającej plecak bestii. Spokojna perswazja i niezachwiany krok pozbawiły dzika pewności siebie i skłoniły do poszukiwania przysmaków w innym miejscu.

W sercu lasu deszczowego

Lądujemy w rozległym Kuczingu, mieście kotów. Podobno dżungla na Borneo w ciągu ostatnich dwudziestu lat zmalała o jedną czwartą. To wiele, zważywszy na fakt, że ta wyspa jest trzecią pod względem powierzchni na naszej poczciwej planecie. Ponieważ jest ona niemalże dwukrotnie większa od Polski prosta matematyka uzmysławia nam, iż z powierzchni Borneo zniknęło w ostatnich latach tysiące hektarów lasu, wystarczająco wiele, by pokryć pół naszej ojczyzny. Paradoksalnie z okien samolotów dżungla ma się dobrze uderzając zielenią oblewającą zewsząd góry i pagórki prowincji Sarawak i Sabah. Trzeba bowiem wiedzieć, że północna część tej wyspy należy do Malezji, większość centrum i południa posiada Indonezja, a 1% podlega państwu Brunei. Co ciekawe w przeszłości wszystko należało do Brunei, która niejako zrzekła się swojego dobra na rzecz Brytyjczyków. Jak widać historia jest nieco przewrotna.

Ponieważ jedenaście dni jakie daliśmy sobie na zwiedzenie tak ciekawego zakątka świata to bardzo mało, od razu zasypaliśmy naszego hosta Barego mnóstwem pytań. Ciekawa struktura kulturowa i religijna mieszkańców malezyjskiej części Bornego idzie w parze z różnorodnością natury jaka tu występuje. Mimo wielkiego misz-maszu zarówno na jednej jak i drugiej płaszczyźnie, pozornie niepowiązanej ze sobą, między poszczególnymi składnikami panuje harmonia, ład i porządek. Mamy więc w Kuczingu świątynie chińskie z chińską rozległą dzielnicą, mamy przechadzające się kobiety ubrane w burki, głównie przybyłe z kontynentalnej części Malezji, mamy największą w tej części Azji świątynię Taoistyczną w Miri i wreszcie mamy liczny kościół chrześcijański o dobrze nam znanej tradycji.

Bioróżnorodność w przyrodzie jest ogromna, więc aby ustalić dokładny plan działania na najbliższe dni i tym samym nie stracić za wiele czasu udajemy się do Semangkok oddalonego o godzinę drogi od centrum Kuczingu. Największą atrakcją tego miejsca są orangutany, które głównie za sprawą kłusowników nie przeżyłyby na wolności. Nie oznacza to jednak, że zwierzęta są trzymane w klatkach. Jest to pseudo-wolność, a ingerencja człowieka sprowadza się do karmienia (powierzchnia sanktuarium nie wystarcza do zaspokojenia potrzeb żywnościowych przebywających orangutanów), opieki medycznej i przygotowania do samodzielnego życia w dzikiej dżungli. Niestety bliskie położenie w stosunku do Kuczingu otwiera bramy dla rzeszy rozwydrzonych turystów nie potrafiących zachować umiaru w gadaniu, ględzeniu, rozmawianiu, krzyczeniu, używania flesza, wytykania orangutanów palcami a nawet rzucaniu kamieniami w ich kierunku. Nic dziwnego, że w głównym miejscu karmienia raczej spotkamy podkradające jedzenie wiewiórki niż włochate bestie. Co więcej raz na jakiś czas dochodzi do ataków orangutanów na przybyłych gapiów, co wcale nie dziwi biorąc pod uwagę ich zachowanie oraz kawałek sznurka rozpięty pomiędzy stronami konfliktu. O skutkach takiego ataku dowiedzieć się można z okolicznych tablic informacyjnych i ust ignorowanego strażnika parku.

Na szczęście oprócz głównego miejsca karmienia jest inne, w którym pojawiają się bardziej oswojone orangutany. Dwie samice z jednym maleństwem majestatycznie zbliżają się do bananów, kokosów i innych przysmaków. Gracja z jaką poruszają się w konarach drzew przebija się do świadomości i jawnie przywołuje obrazy z filmów przyrodniczych. Te zwierzęta są jednak z innego świata.

Wracając do miasta stopem nie wiemy jeszcze, że kolejnego dnia znów znajdziemy się w Semangkok. Zwiedzamy chińską dzielnicę Kuczingu bez pośpiechu dając sobie czas na zapoznanie z tutejszą ofertą. Niska zabudowa, z dominującą na parterze sferą usługowo-rzemieślniczo-handlową przywodzi na myśl marokańskie mediny, choć forma jest zupełnie inna. Czasem zastanawia opłacalność wytwarzanych dóbr, tak jak ręczna produkcja prostych, pudełeczek z blachy, których tysiące sztuk powstają w czasie kilku minut na zautomatyzowanych liniach produkcyjnych. Cóż, widocznie podstawy ekonomi są tu nieco inne niż w Europie. W międzyczasie nasza znajoma z Cauch Surfingu organizuje nam „dzień z przewodnikiem” czyli wycieczkę do longhause’u, typowej borneańskiej wioski. Pomysł wydaje mi się kiepski, bo 150RM (ok. 150zł) za jednodniową atrakcję to spory wydatek, jednak brak czasu i niewątpliwy mus odwiedzenia takiego miejsca wygrywa z poczuciem ugięcia się moim zasadom podróżowania. Humor wraca, gdy porównywana cena w jednym z biur turystycznych przekracza 550RM.

Dzięki takiemu obrotowi spraw kolejnego dnia wyruszamy do wioski Semuti Bidayuh Longhouse, zaliczając po drodze, po raz wtóry, Semangkok, będący w pakiecie oferowanym przez Davida. Czterdzieści minut później wrzucamy napęd 4×4 w jego dżipie by manewrować pomiędzy dziurami na wyboistej, szutrowej drodze prowadzącej ku wiosce. Pod domem kuzyna „Diva of the darkness”, jak nazwał samochód David, zajeżdża około południa.

Longhause’y czyli długie domy powstały na długo przed przejęciem wyspy przez Brytyjczyków. Historie niektórych wsi szacuje się na kilkaset lat, choć brak dokładnych źródeł uniemożliwia precyzyjne wyznaczenie daty powstania. Długie domy to ciągi połączonych pomieszczeń i izb należących do poszczególnych rodzin wchodzących w skład wioski, tworzących jedną budowlę. Podłogę stanowią powiązane łodygi bambusa a całość zazwyczaj poziomowana jest za pomocą pali, dając uczucie lewitowania budowli w przestrzeni. Taka konstrukcja umożliwiała w przeszłości łatwiejszą obronę przed atakami wrogich plemion oraz dzikich zwierząt, zacieśniała więzy pomiędzy mieszkańcami, pozwalała na łatwiejsze dystrybuowanie dóbr i ułatwiała zarządzanie wioską. W dzisiejszych czasach, ceniąc sobie prywatność i wygodę, część mieszkańców buduje swoje domy oddzielnie, odchodząc od tej niewątpliwie specyficznej i ciekawej tradycji.

Longhause do którego trafiamy należy do plemienia Bidayuh, umiejscowiony na stromym zboczu, stanowi nieturystyczny ośrodek życia. Mieszkańcy tej wioski zajęci codziennymi pracami z lekką rezerwą podchodzą do naszych odwiedzin. Wybieramy rolę obserwatorów, starając się nie ingerować w przewijające się przed naszymi oczami wydarzenia. A dzieję się całkiem sporo. Do longhause’u przyleciał helikopterem lekarz z pielęgniarkami, tak zwany flying doctor, więc momentalnie przed jednoizbowym pomieszczeniem ustawiła się pokaźna kolejka chorych. Zdawać by się mogło zbyt długa jak na 141 mieszkańców tego skrawka ziemi i słusznie, bo z takiej okazji do wsi przybywają także cierpiący z okolicznych longhause’ów. Dostępność darmowej służby zdrowia zapewnia państwo, które jednak nie jest w stanie utrzymać placówki medycznej w każdym zasiedlonym miejscu pośród lasów Borneo. Ciekawe jest to, że każdy doktor pracujący dla placówki rządowej musi odbyć dwuletni staż, przeważnie poza granicami swojego miasta. Taka przymusowa „zsyłka” wiąże się z pozostaniem na peryferiach nowoczesnej części Malezji ale jest jednocześnie szansą na pracę u podstaw i spełnienie się w niesieniu pomocy najuboższym.

W kolejnych pomieszczeniach Semuti kobiety suszą ziarna zbóż, kukurydzy i innych roślin na rozścielonych matach, wcześniej ręcznie usuwając zanieczyszczenia z pomocą tkanych, wielkich czerpaków. Za rogiem jedna z rodzin stawia właśnie ścianę z betonowych pustaków przenoszonych tradycyjną metodą. Kobieta przerzuca kosz z zawartością na plecy, jednak „ucho” zawiesza na czole zamiast na barkach, jak zwykliśmy to czynić w Europie. Biegające po placach dzieci, z charakterystyczną gracją bawią się kurczakami i kurami dopełniając sielskiej wizji wioski zatopionej pośród bezmiaru dżungli. Niewątpliwie taka łatwość egzystencji jest tylko pozorna, a życie trudniejsze od miejskiego. Jedną z atrakcji pozwalających na oderwane się od szarości dnia codziennego są walki kogutów o których nasz przewodnik nie chce zbytnio rozmawiać. Temat zdradzają wielkie koguty zamknięte pojedynczo w bambusowych klatkach. Jako jedyne nie cieszą się wolnością podczas upalnych dni strefy równikowej.

Wyjeżdżając z longhause’u zatrzymujemy się nad bajkowym, kaskadowym wodospadem. Trzydziestominutowy treking w jego kierunku wystarczająco daje się we znaki, by z przyjemnością skorzystać z chłodu przezeń oferowanego. David wraz z kuzynem przygotowują w tym czasie tradycyjną potrawę Ayam Pansuh, czyli kurczaka gotowanego wewnątrz łodygi bambusa. Rozpalone ognisko najpierw jednak ugości słodkie ziemniaki owinięte w srebrną folię i dopiero potem zajmie się główną potrawą.

Przyglądając się nalewaniu wody i krojeniu imbiru zastanawiam się jak ważną rolę spełnia bambus w lokalnej kulturze. Jest zarówno materiałem budowlanym, garnkiem, materiałem do wyrobu ozdób, młode pędy są jadalne, z ziaren można wyrobić chleb i wreszcie jest źródłem wody w dżungli. Podobno stara szkoła przetrwania w tym nieprzyjaznym środowisku uczy, że stosunkowo łatwo można ją znaleźć, wystarczy nawiercić w odpowiednim miejscu otwór by życiodajny płyn ugasił pragnienie. Należy przy tym uważać, bo każde skaleczenie wystawione na działanie ostrych krawędzi rozszczepionego bambusa powoduje bóle a rana goi się bardzo długo. Na szczęście nasz tymczasowy kucharz, oswojony jest z maczetą, a podany kurczak smakuje wyśmienicie. Nawet Zuza borykająca się z lekkimi dolegliwościami żołądkowymi tego dnia, wychwala potrawę.

Wydatki: ok 440RM bilet Kuala Lumpur-Kuczing,Borneo (2 strony), 25RM spożywka, 8RM przejazd na lotnisko LCCT w KL, 13RM taksówka z lotniska Kuczing do hosta, śniadania 3RM,obiady 6RM, wycieczka do Longhouse’a 150RM, kolacja 2.5RM, piwo w knajpie 12RM, suweniry 60RM, wejście + przejazd do Semangkok Orangutan Sanctuary 6RM.

2011.12.01 W najstarszym lesie deszczowym świata – Taman Negara

Złapanie pierwszego autostopu w Malezji zajęło Zuzce 2 minuty. Niestety, potem nie było tak różowo. Zjechaliśmy z autostrady przed Kuala Lumpur by użyć starej „jedynki” aż do rozjazdu w kierunku Taman Negara największego parku w prowincji Pahang i całym kraju. Takich zawiłości Malezyjczycy pojąć nie mogli i jedyne co im przychodziło do głowy, to odwieźć nas na dworzec. Do tych długich rozmów dołączył się trzeci głos. Oto monsun postanowił dorzucić trzy grosze rozpętując nad naszymi głowami ulewę. Chcąc, nie chcąc wróciliśmy do Kuala Lumpur autostradą, a stamtąd autobusami z przesiadką i noclegiem w Jerantut dojechaliśmy do Parku Narodowego czyli Taman Negara a właściwie do Kaula Tahan, nadrzecznej miejscowości położonej na skraju brązowej rzeki.

Jasne, można powiedzieć, że Kuala Tahan to miejsce komercyjne. Przecież widnieje na mapach, jest polecane przez przewodniki i dzierży pierwszeństwo w kontynentalnej części Malezji jako miejsce trekingowe. Przecież dojazd tutaj jest względnie łatwy na na miejscu czekają miejsca noclegowe od tanich chatek po drogie apartamenty. Bo do dżungli po drugiej stronie kursują regularnie motorowe łodzie przewożąc całkiem pokaźną ilość turystów przez rwącą Sungai Tembeling a obiad można zjeść na zacumowanych pływających restauracjach. Jednak pomimo wyciętych w gęstwinie i całkiem dobrze oznaczonych szlaków pierwsze wrażenie z dżungli jest miażdżące. To nie polski las. Czuć to nawet nie tyle w plątaninie gałęzi, lian, zarośli i robactwa, ale przede wszystkim w powietrzu. Ożywczy tlen opuścił tę krainę, podobnie jak słońce przykryte koronami wielometrowych drzew. Oddycha się gęstą, lepką substancją wypełniającą płuca. Ktoś porównał chodzenie po dżungli do trekingu w saunie. Strzał w dziesiątkę! Po godzinie jeszcze nie jest źle, po trzech ciało jest mokre od potu, po pięciu każdy oddech pali a organizm domaga się powiewu chłodnego wiatru. Aparat paruje, pijawki swoim tylko sposobem dostają się pod nogawki, zamiast poszukiwać małp na konarach człowiek wpatruje się w błotnistą maź przed sobą, bo jak tylko oderwie wzrok, ślizga się i traci równowagę. Tak, tak, nie nastawiajcie się, że spotkacie tygrysa, słonia, tapira, małpę, czy kobrę. Może przy odrobinie szczęścia ujrzycie dziką świnię lub dzioborożca jak nam się udało w czasie całodniowej wędrówki do Bumbun Tabling. Może w nocy, na godzinnej wędrówce z przewodnikiem spotkacie czarnego skorpiona tego samego którego wypatrzyła Zuzka, gigantyczne mrówki wielkości połowy palca, autostrady tysięcy termitów, tygrysie pająki, dwudziestocentymetrowe stawonogi i pijawki, O tak! Tych nie trzeba nawet szukać, same was znajdą i urządzą sobie ucztę na waszych ciałach. Taki jest Park Narodowy- Taman Negara. Ta najbardziej przyjazna,”turystyczna” część najstarszej dżungli na świecie, liczącej 130 milionów lat. Część w której dwa kilometry od siedziby parku spotkacie kilku turystów w czasie całego dnia trekingu.

Niewątpliwą tutejszą atrakcją, sprawiającą szczególną frajdę jest jedzenie podawane w pływających domach, zakotwiczonych wzdłuż rzeki. Już za 6RM (6zł) można tutaj zjeść curry z ryżem czy też kurczaka z imbirem, popijając przyrządzoną na miejscu, lodowatą herbatą cytrynową. Wprawdzie taka porcja to za mało dla przeciętnego europejczyka, przyzwyczajonego do suto zastawionego stołu, jednak dodatkowa porcja ryżu rozwiązuje problem. Całość 10,5RM z widokiem na przepływające co chwilę łodzie i ścianę dżungli. Jedyne czego nie polecam to soków ze świeżych owoców z zaburzoną proporcją stosunku wody do właściwego napoju.

Niestety to przyjazne miejsce spragnionemu trekingowych wrażeń turyście musimy opuścić już trzeciego dnia. Na deser zostawiamy sobie gwóźdź programu – canopy walk, czyli wiszące lianowe mosty. Warto wybrać się tam wcześniej, ponieważ stanowią one główną atrakcję dla zorganizowanych wycieczek. Nas uratował sprint na półtorakilometrowym odcinku, w czasie którego wyprzedziliśmy dziewięć grup z przewodnikiem. Tym samym weszliśmy na zawieszone piętnaście metrów nad ziemią mosty we względnej ciszy i spokoju. Mosty delikatnie się bujają, co wraz z niecodzienną perspektywą dżungli zaspokaja pragnienie przeżycia czegoś innego. Warto postać chwilę i spróbować wypatrzeć w koronach drzew jakichś niezwykłych ptaków lub małp. Nam frajdę sprawiało chodzenie „bez trzymanki”. Podobno mosty Taman Negara o długości 500m są jednymi z najdłuższych na świecie.

2011.11.27 Cameron Highlands i wesele hinduskie

Sid zabiera nas do Cameron Highlands. Położone na wschód od Ipoh wzgórza są obowiązkowym punktem do zaliczenia na mapie Malezji. Po drodze odwiedzamy chińską świątynię umiejscowioną w krasowej grocie. Charakterem przypomina Batu Caves. Tym razem jednak betonową posadzkę zastępuje marmur a kicz objawia się w postaci makiety wieży Eifla i innych charakterystycznych budowli świata.

Kilka godzin później i kilkaset zakrętów dalej, po zapłaceniu daniny zmarnowanego czasu na rzecz korków samochodowych dojeżdżamy do celu. Kraina herbaty, truskawek i pszczół wita nas niepewną pogodą z nisko przesuwającymi się cumulusami. Mania truskawkowa to jedyne słowo które pasuje do panującego w mijanych miasteczkach folkloru truskawkowego. Można kupić tu wszystko co ma wzór truskawki, jej kolor i smak. Od parasolki, przez dmuchaną truskawkę, stroje truskawkowe po truskawkę w czekoladzie. Co ciekawe sposób hodowli, który niedyskretnie fotografuję, nie przypomina tego znanego z przydomowych ogródków. Tutaj z szacunku dla czerwonego owocu każdy krzak sadzi się w osobnej doniczce, gdzie pod dachem z foli może spokojnie sobie dorastać. Takie swoiste szklarnie, tunele, rozsypane pomiędzy dolinami tych niewysokich gór, stanowią charakterystyczny obraz dla Cameron Highlands. Nie dla tego widoku jednak przyjechaliśmy. To co nas urzekło to niesamowity krajobraz hodowanej herbaty obrastającej zbocza górskie. Krzaki herbaciane o nieregularnych kształtach przypominają z daleka niepowtarzalną kompozycję, mieszankę labiryntu z łatami krowimi. Z założenia wąskie przejścia umożliwiające zrywanie liści utworzyły surrealistyczny obraz malowany zielonymi farbami.

W czasie pobytu docieramy do dwóch plantacji. Przy jednej unikając rzęsistego deszczu, smakujemy popularną w całej Malezji herbatę Teh Tarik (skondensowane mleko, herbata i cukier) i Masala Tea rozpowszechnioną w Indiach (kardamon, pieprz, cynamon, herbata i mleko). Plantacje herbaty mokną w tym czasie w strugach wody. Oho! Wywołałem wilka z lasu! Właśnie do pokoju wszedł brat Pavina częstując nas osławioną Teh Tarik podaną na zimno z kostkami lodu!

Na wesele Hinduskie docieramy wieczorem, z żalem żegnając zielone zbocza Cameron Highlands. Niestety jest zbyt późno by podejrzeć kluczowe punkty uroczystości. Do pary młodej podchodzimy długo, wymijając bliższych oraz dalszych krewnych a także ich przygodnych znajomych i nieznajomych. aż dochodzimy do sceny spowitej sztucznym dymem. Tam przy rytmach dyskotekowej muzyki wydzierającej tlen z płuc, panna młoda pozuje przy boku pana młodego do niezliczonej ilości zdjęć, zupełnie się nie przejmując pozostawionymi gośćmi. Wspólne krojenie tortu i obdarowywanie się jego częściami z rodzicami nie wnosi istotnych zmian do przebiegu ceremonii. Może warto jeszcze nadmienić ułożony z barwionego ryżu obraz pawia, ale mam wrażenie, że przegapiliśmy najciekawsze części uroczystości.

Wydatki: 14RM McDonlad, 5RM Spożywka

Free WordPress Themes Design by New WordPress Themes | Thanks to Insurance and Home Insurance