Lądujemy w rozległym Kuczingu, mieście kotów. Podobno dżungla na Borneo w ciągu ostatnich dwudziestu lat zmalała o jedną czwartą. To wiele, zważywszy na fakt, że ta wyspa jest trzecią pod względem powierzchni na naszej poczciwej planecie. Ponieważ jest ona niemalże dwukrotnie większa od Polski prosta matematyka uzmysławia nam, iż z powierzchni Borneo zniknęło w ostatnich latach tysiące hektarów lasu, wystarczająco wiele, by pokryć pół naszej ojczyzny. Paradoksalnie z okien samolotów dżungla ma się dobrze uderzając zielenią oblewającą zewsząd góry i pagórki prowincji Sarawak i Sabah. Trzeba bowiem wiedzieć, że północna część tej wyspy należy do Malezji, większość centrum i południa posiada Indonezja, a 1% podlega państwu Brunei. Co ciekawe w przeszłości wszystko należało do Brunei, która niejako zrzekła się swojego dobra na rzecz Brytyjczyków. Jak widać historia jest nieco przewrotna.
Ponieważ jedenaście dni jakie daliśmy sobie na zwiedzenie tak ciekawego zakątka świata to bardzo mało, od razu zasypaliśmy naszego hosta Barego mnóstwem pytań. Ciekawa struktura kulturowa i religijna mieszkańców malezyjskiej części Bornego idzie w parze z różnorodnością natury jaka tu występuje. Mimo wielkiego misz-maszu zarówno na jednej jak i drugiej płaszczyźnie, pozornie niepowiązanej ze sobą, między poszczególnymi składnikami panuje harmonia, ład i porządek. Mamy więc w Kuczingu świątynie chińskie z chińską rozległą dzielnicą, mamy przechadzające się kobiety ubrane w burki, głównie przybyłe z kontynentalnej części Malezji, mamy największą w tej części Azji świątynię Taoistyczną w Miri i wreszcie mamy liczny kościół chrześcijański o dobrze nam znanej tradycji.
Bioróżnorodność w przyrodzie jest ogromna, więc aby ustalić dokładny plan działania na najbliższe dni i tym samym nie stracić za wiele czasu udajemy się do Semangkok oddalonego o godzinę drogi od centrum Kuczingu. Największą atrakcją tego miejsca są orangutany, które głównie za sprawą kłusowników nie przeżyłyby na wolności. Nie oznacza to jednak, że zwierzęta są trzymane w klatkach. Jest to pseudo-wolność, a ingerencja człowieka sprowadza się do karmienia (powierzchnia sanktuarium nie wystarcza do zaspokojenia potrzeb żywnościowych przebywających orangutanów), opieki medycznej i przygotowania do samodzielnego życia w dzikiej dżungli. Niestety bliskie położenie w stosunku do Kuczingu otwiera bramy dla rzeszy rozwydrzonych turystów nie potrafiących zachować umiaru w gadaniu, ględzeniu, rozmawianiu, krzyczeniu, używania flesza, wytykania orangutanów palcami a nawet rzucaniu kamieniami w ich kierunku. Nic dziwnego, że w głównym miejscu karmienia raczej spotkamy podkradające jedzenie wiewiórki niż włochate bestie. Co więcej raz na jakiś czas dochodzi do ataków orangutanów na przybyłych gapiów, co wcale nie dziwi biorąc pod uwagę ich zachowanie oraz kawałek sznurka rozpięty pomiędzy stronami konfliktu. O skutkach takiego ataku dowiedzieć się można z okolicznych tablic informacyjnych i ust ignorowanego strażnika parku.
Na szczęście oprócz głównego miejsca karmienia jest inne, w którym pojawiają się bardziej oswojone orangutany. Dwie samice z jednym maleństwem majestatycznie zbliżają się do bananów, kokosów i innych przysmaków. Gracja z jaką poruszają się w konarach drzew przebija się do świadomości i jawnie przywołuje obrazy z filmów przyrodniczych. Te zwierzęta są jednak z innego świata.
Wracając do miasta stopem nie wiemy jeszcze, że kolejnego dnia znów znajdziemy się w Semangkok. Zwiedzamy chińską dzielnicę Kuczingu bez pośpiechu dając sobie czas na zapoznanie z tutejszą ofertą. Niska zabudowa, z dominującą na parterze sferą usługowo-rzemieślniczo-handlową przywodzi na myśl marokańskie mediny, choć forma jest zupełnie inna. Czasem zastanawia opłacalność wytwarzanych dóbr, tak jak ręczna produkcja prostych, pudełeczek z blachy, których tysiące sztuk powstają w czasie kilku minut na zautomatyzowanych liniach produkcyjnych. Cóż, widocznie podstawy ekonomi są tu nieco inne niż w Europie. W międzyczasie nasza znajoma z Cauch Surfingu organizuje nam „dzień z przewodnikiem” czyli wycieczkę do longhause’u, typowej borneańskiej wioski. Pomysł wydaje mi się kiepski, bo 150RM (ok. 150zł) za jednodniową atrakcję to spory wydatek, jednak brak czasu i niewątpliwy mus odwiedzenia takiego miejsca wygrywa z poczuciem ugięcia się moim zasadom podróżowania. Humor wraca, gdy porównywana cena w jednym z biur turystycznych przekracza 550RM.
Dzięki takiemu obrotowi spraw kolejnego dnia wyruszamy do wioski Semuti Bidayuh Longhouse, zaliczając po drodze, po raz wtóry, Semangkok, będący w pakiecie oferowanym przez Davida. Czterdzieści minut później wrzucamy napęd 4×4 w jego dżipie by manewrować pomiędzy dziurami na wyboistej, szutrowej drodze prowadzącej ku wiosce. Pod domem kuzyna „Diva of the darkness”, jak nazwał samochód David, zajeżdża około południa.
Longhause’y czyli długie domy powstały na długo przed przejęciem wyspy przez Brytyjczyków. Historie niektórych wsi szacuje się na kilkaset lat, choć brak dokładnych źródeł uniemożliwia precyzyjne wyznaczenie daty powstania. Długie domy to ciągi połączonych pomieszczeń i izb należących do poszczególnych rodzin wchodzących w skład wioski, tworzących jedną budowlę. Podłogę stanowią powiązane łodygi bambusa a całość zazwyczaj poziomowana jest za pomocą pali, dając uczucie lewitowania budowli w przestrzeni. Taka konstrukcja umożliwiała w przeszłości łatwiejszą obronę przed atakami wrogich plemion oraz dzikich zwierząt, zacieśniała więzy pomiędzy mieszkańcami, pozwalała na łatwiejsze dystrybuowanie dóbr i ułatwiała zarządzanie wioską. W dzisiejszych czasach, ceniąc sobie prywatność i wygodę, część mieszkańców buduje swoje domy oddzielnie, odchodząc od tej niewątpliwie specyficznej i ciekawej tradycji.
Longhause do którego trafiamy należy do plemienia Bidayuh, umiejscowiony na stromym zboczu, stanowi nieturystyczny ośrodek życia. Mieszkańcy tej wioski zajęci codziennymi pracami z lekką rezerwą podchodzą do naszych odwiedzin. Wybieramy rolę obserwatorów, starając się nie ingerować w przewijające się przed naszymi oczami wydarzenia. A dzieję się całkiem sporo. Do longhause’u przyleciał helikopterem lekarz z pielęgniarkami, tak zwany flying doctor, więc momentalnie przed jednoizbowym pomieszczeniem ustawiła się pokaźna kolejka chorych. Zdawać by się mogło zbyt długa jak na 141 mieszkańców tego skrawka ziemi i słusznie, bo z takiej okazji do wsi przybywają także cierpiący z okolicznych longhause’ów. Dostępność darmowej służby zdrowia zapewnia państwo, które jednak nie jest w stanie utrzymać placówki medycznej w każdym zasiedlonym miejscu pośród lasów Borneo. Ciekawe jest to, że każdy doktor pracujący dla placówki rządowej musi odbyć dwuletni staż, przeważnie poza granicami swojego miasta. Taka przymusowa „zsyłka” wiąże się z pozostaniem na peryferiach nowoczesnej części Malezji ale jest jednocześnie szansą na pracę u podstaw i spełnienie się w niesieniu pomocy najuboższym.
W kolejnych pomieszczeniach Semuti kobiety suszą ziarna zbóż, kukurydzy i innych roślin na rozścielonych matach, wcześniej ręcznie usuwając zanieczyszczenia z pomocą tkanych, wielkich czerpaków. Za rogiem jedna z rodzin stawia właśnie ścianę z betonowych pustaków przenoszonych tradycyjną metodą. Kobieta przerzuca kosz z zawartością na plecy, jednak „ucho” zawiesza na czole zamiast na barkach, jak zwykliśmy to czynić w Europie. Biegające po placach dzieci, z charakterystyczną gracją bawią się kurczakami i kurami dopełniając sielskiej wizji wioski zatopionej pośród bezmiaru dżungli. Niewątpliwie taka łatwość egzystencji jest tylko pozorna, a życie trudniejsze od miejskiego. Jedną z atrakcji pozwalających na oderwane się od szarości dnia codziennego są walki kogutów o których nasz przewodnik nie chce zbytnio rozmawiać. Temat zdradzają wielkie koguty zamknięte pojedynczo w bambusowych klatkach. Jako jedyne nie cieszą się wolnością podczas upalnych dni strefy równikowej.
Wyjeżdżając z longhause’u zatrzymujemy się nad bajkowym, kaskadowym wodospadem. Trzydziestominutowy treking w jego kierunku wystarczająco daje się we znaki, by z przyjemnością skorzystać z chłodu przezeń oferowanego. David wraz z kuzynem przygotowują w tym czasie tradycyjną potrawę Ayam Pansuh, czyli kurczaka gotowanego wewnątrz łodygi bambusa. Rozpalone ognisko najpierw jednak ugości słodkie ziemniaki owinięte w srebrną folię i dopiero potem zajmie się główną potrawą.
Przyglądając się nalewaniu wody i krojeniu imbiru zastanawiam się jak ważną rolę spełnia bambus w lokalnej kulturze. Jest zarówno materiałem budowlanym, garnkiem, materiałem do wyrobu ozdób, młode pędy są jadalne, z ziaren można wyrobić chleb i wreszcie jest źródłem wody w dżungli. Podobno stara szkoła przetrwania w tym nieprzyjaznym środowisku uczy, że stosunkowo łatwo można ją znaleźć, wystarczy nawiercić w odpowiednim miejscu otwór by życiodajny płyn ugasił pragnienie. Należy przy tym uważać, bo każde skaleczenie wystawione na działanie ostrych krawędzi rozszczepionego bambusa powoduje bóle a rana goi się bardzo długo. Na szczęście nasz tymczasowy kucharz, oswojony jest z maczetą, a podany kurczak smakuje wyśmienicie. Nawet Zuza borykająca się z lekkimi dolegliwościami żołądkowymi tego dnia, wychwala potrawę.
Wydatki: ok 440RM bilet Kuala Lumpur-Kuczing,Borneo (2 strony), 25RM spożywka, 8RM przejazd na lotnisko LCCT w KL, 13RM taksówka z lotniska Kuczing do hosta, śniadania 3RM,obiady 6RM, wycieczka do Longhouse’a 150RM, kolacja 2.5RM, piwo w knajpie 12RM, suweniry 60RM, wejście + przejazd do Semangkok Orangutan Sanctuary 6RM.