Kilka kilometrów na północ od osławionego Angkor Wat rozciągają się ruiny Bajonu- świątyni kamiennych twarzy. Trafiliśmy tam przed południem, niczym rozbitkowie miejskiego zgiełku, na pordzewiałych rowerach za dolara. W tym samym momencie tłum turystów rozsypany przy wejściu przekształcał się z figury geometrycznej o nieregularnym kształcie w nieskończoną linię prostą. Poszczególne grupki, przywiezione przez klimatyzowane autobusy i tuk-tuki będące hybrydą motoru, przyczepy i średniowiecznej karety, zlały się w jeden wielojęzyczny ciąg. Setki oczu w jednym momencie oblegało fasady khmerskich budowli podziwiając je od ogółu do szczegółu, od smukłych prasatów po inskrypcje wyryte kilkaset lat temu na blokach laterytu. Dzieło człowieka tamtej epoki szokowało swą potęgą i długowiecznością. Pieczołowicie wyryte, ocalałe szczątki obrazkowych historii dawały wyobrażenie ogromu misternej pracy włożonej w nadanie budowli boskiego wymiaru. Obrazy ludzkich postaci, bogów oraz zwierząt zamknięte w kadrze codziennych scen z przeszłej epoki przepływały z kamienia na kamień nie pozwalając artyście na błąd- na zbyt mocne uderzenie dłuta, pośpiech, na brak szacunku do materiału. Tylko owalne wgłębienia przywracały równowagę umysłu, który zaczynał wierzyć w nadnaturalność Bajonu – bloki skalne układane były nie za sprawą magii, lecz przy pomocy wbitych w otwory drewnianych kołków. Niezwykłość kompleksu zdawała się niekwestionowana.
Rzemieślnicy zapomnieli jednak, że przyroda jest zazdrosna. To ona ostrzy górskie granie, panuje nad zachodami słońca i składa swój podpis pod obrazem równikowej dżungli. Wtargnęła więc i do Bajonu, zachłannie deformując zacienione mury, podważając fundamenty i niszcząc sklepienia. Niegdyś proste, dumne filary ustawione z boską precyzją zaczęły pękać, krzywić się nienaturalnie. Tylko futryny, niczym ostatni strażnicy wiekowej budowli, podtrzymują ciężar kamiennych bloków, okupując daremny wysiłek utratą ozdobnych fresków. Bajon staje u progu katastrofy, mimo iż drzewa figowe i nie objęły jeszcze murów swoimi korzeniami, nie powywracały rzeźb i podestów jak w pobliskiej Ta Prohm. I właśnie ta walka gigantów stworzyła miejsce nasycone atmosferą filmów grozy.
Odłączamy się od turystów prowadzeni mchem porastającym obdrapane płaskorzeźby. Za korytarzem z dwiema bramami skręcamy w lewo, znajdując przestrzeń pozbawioną ludzkich postaci. Wciąż je jednak słyszymy, rozmawiające w khmerskim języku gdzieś w przyległych pomieszczeniach. Dźwięki odbijają się głucho, jakby wzmacniane energią południowego słońca oraz obecnością pociętych, kamiennych twarzy. W powietrzu unosi się atmosfera zakrzywionej, sennej rzeczywistości. Siadamy z Zuzą w cieniu antresoli. Kwieciste symbole wyryte na filarach przybrudzonych kolorem żelaza przypominają nieobecne tańczące boginie Apsary. Na tarasie pojawia się mnich, uśmiecha się i znika. Minuty płyną swoim bajońskim rytmem. W tle smukłych prasatów przemyka kolejna grupa turystów. Tym razem Zuza wstaje i dyskretnie podąża za nimi. Próbuje podsłuchać khmerskich historii. Do jej uszu dociera jednak irracjonalna propozycja przewodniczki dotycząca ‘masażu pomnikiem’!
W oszklonym pomieszczeniu dłonie rzeźbionej postaci poruszają się miarowo. Chłodne kamienie wirują w tańcu, wzywając do zabiegu. Można skorzystać z tego nietypowego zaproszenia i o dziwo, znajduje się chętny.
Ochotnikiem jest czterdziestoletni mężczyzna, który wahając się przekracza jeden z setek progów Angkor Thom. Nie ma na tyle odwagi by oddać się we władanie dziwnej siły, odskakuje więc, unika kontaktu. Jak w diabelskim tańcu szamocze się zmuszając przewodniczkę do interwencji. Podtrzymywana przez kobietę głowa śmiałka trzeszczy i wreszcie zastyga w nienaturalnej pozycji. Panika rozlewa się po Bajonie. Zuza ucieka przerażona by w ostatniej chwili dostrzec wodę tryskającą z piersi nieszczęśnika – fakt dziwny i nienaturalny wkomponowany w zakrzywioną przestrzeń świątyni. Brodaty czterdziestolatek dochodzi do siebie, lecz jego obraz się zaciera. Bajon kurczy się i rozpada a przynajmniej ta rzeczywistość w której teraz egzystuje. Zawsze tak jest gdy sen w cieniu kamiennej antresoli ustawionej tysiąc lat temu dobiega końca. Obok nas przechodzi mnich uśmiecha się i znika.
*w artykule wykorzystałem dziwny sen Zuzy z drzemki w ruinach Bajonu.
Kwiecień 28th, 2012
Czaban
Posted in
Tags: 



















